MAŁE FORMY - WIELKIE KREACJE II: Jan Peszek - monodram

Jan Peszek – "Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego"

Grany od 39 lat kultowy monodram, którego premiera odbyła się w 1976 roku, choć gotowy tekst czekał na Jana Peszka od kilku lat. "Scenariusz dla nie istniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego" powstał w 1963 roku w ciągu kilku dni, ale przez długie lata nie był wykonywany, co zresztą kompozytor jakby przewidział nadając mu charakterystyczne dopełnienie. Pisząc "Scenariusz..." i dopełniając go elementami dramaturgicznymi Schaeffer od razu myślał o wykonawcy; był nim Jan Peszek. Kompozytor pilnie obserwował aktora i "układał" mu rolę niejako na przyszłość. Prawykonanie "Scenariusza..." odbyło się dopiero po latach, gdy Peszek stał się aktorem innego już typu, w pełni odpowiedzialnym za sceniczny, słowny i interpretatorski kształt powierzonego mu dzieła. W osobie Jana Peszka "Scenariusz..." znalazł interpretatora jedynego i najwłaściwszego. Pasja, z jaką Schaeffer mówi o życiu i sztuce udziela się publiczności. "Scenariusz..." miał zawsze powodzenie, jest to dla audytorium wielka przygoda poznawcza i intelektualna.

Od tego czasu, nieprzerwanie Jan Peszek wciela się w „nieistniejącego lecz możliwego aktora instrumentalnego”. Ten godzinny spektakl nieprzerwanie od 34 latach przyciąga widzów na całym świecie.

Fragment wywiadu z Janem Peszkiem (Gazeta Wyborcza Łódź, 2006):

Ze "Scenariuszem..." bez przerwy jeżdżę za granicę, nie ma miesiąca, bym parokrotnie nie wystąpił w kraju. Grałem go w tak niespodziewanych miejscach jak lubelska piwnica, w której ledwie się prostowałem, lotnisko, klepisko stodoły. Do pałacu Związku Kompozytorów Armeńskich w Erewaniu, jeszcze w czasach komunizmu, wbrew oczekiwaniu radzieckich władz przyszły tak straszne tłumy, że ludzie kipieli z budynku. Kawałek spektaklu grałem w jednej sali, z drugiej dochodziły krzyki, że też chcą obejrzeć, więc widzowie przenosili mnie tam na rękach, razem z wiolonczelą, w końcu wynieśli mnie na zewnątrz. Występowałem też w tak prestiżowych gmachach jak Akademia Sztuk w Mexico City dla 40-osobowej śmietanki wybrańców, najświetniejszych umysłów.

Wszędzie jest świetnie przyjmowany przez publiczność i zbiera znakomite recenzje.

Oto jedna z nich: Marek Mikos, Gazeta Wyborcza 2002

Jednoosobowy pokaz warsztatowego mistrzostwa - przez godzinę aktor wygłasza wykład na temat wyobcowania współczesnej sztuki i jej twórców, używając do tego celu nie tylko akademickiego tekstu, ale niemal każdej części ciała, spektakl jest jednocześnie utworem muzycznym.

"Scenariusz..." można by uznać za przykład wygłupu niegdysiejszej awangardy. Jednak w fenomenalnym wykonaniu Peszka wychodzi fenomen projektu Schaeffera, będącego apoteozą sztuki, a jednocześnie kpiną z jej dumy, prezentującego artystę jako kapłana i błazna w jednej osobie. To kapitalne, że - wydawałoby się - niemożliwy projekt Schaeffera znalazł ucieleśnienie w "niemożliwym" aktorze Janie Peszku.